Pebble – jak to się stało, że wrócili na rynek? Wywiad Kuby Klawitera

Pebble to marka, która odcisnęła swój ślad w historii technologii i to raczej w rozdziale „kultowe”. Ich smartwatche pojawiły się na tyle wcześnie, że na tamten moment koncept musiał brzmieć jak futurystyczny kaprys, jednak zamysł był bardzo konkretny: prosty zegarek – przedłużenie telefonu, z zawsze włączonym ekranem e-paper i fizycznymi przyciskami, który łączy się przez Bluetooth z iPhonem i Androidem, pokazując powiadomienia w dyskretny sposób. Ludzie przyjęli koncept produktu z ogromnym entuzjazmem – kampania na Kickstarterze ruszyła w kwietniu z celem 100 000 dolarów. Jak się skończyła? Zamknęła się z dniem 18 maja 2012 z ówczesnym rekordem platformy: 10 266 845 dolarów od aż 68 929 wspierających.

Jak pisał Guardian, w grudniu 2016 Pebble zostało wykupione przez FitBit, według raportu Bloomberga, za mniej niż 40 milionów dolarów. Mocno kontrastuje to z odrzuconymi przez markę dużo większymi ofertami przejęcia w latach 2015-2016, proponowane kwoty miały sięgać 70, a nawet zawrotne 740 milionów dolarów. Na osi czasu robi się dodatkowo gęsto, bo Pebble jeszcze w 2015 pokazało swoją crowdfundingową siłę: kampania Pebble Time (24 lutego–28 marca 2015) zebrała 20 338 986 dolarów od 78 471 wspierających. A potem, dosłownie kilka miesięcy przed przejęciem, marka odpaliła ostatni Kickstarter (24 maja–29 czerwca 2016) na Pebble 2, Pebble Time 2 i Pebble Core, zbierając 12 779 843 dolarów. W praktyce: najpierw społeczność znów dorzuciła się do „kolejnego rozdziału”, a chwilę później cały projekt został sprzedany i wygaszany.

Upadek Pebble to w gruncie rzeczy klasyczna historia sprzętowego startupu: rynek wearables błyskawicznie zgęstniał od konkurencji, koszty produkcji i dystrybucji rosły, a presja finansowa tylko przyspieszała tempo. A mimo to społeczność Pebble nie odpuściła: Rebble (działające od 2017 roku) przez lata przejęło pałeczkę po zamknięciu usług przez Fitbita — zarchiwizowało ok. 13 tys. aplikacji i tarcz oraz odtworzyło część kluczowych usług, żeby stare zegarki dalej miały sens. A w styczniu 2025 pojawiła się „iskra restartu”, kiedy Google open-source’owało PebbleOS, realnie otwierając projekt na kolejne życie.

— (Kuba Klawiter) Zniknęliście z rynku na pewien czas – co sprawiło, że wróciliście?
— (Trevor, PR Pebble) Wróciliśmy, bo Eric (CEO) uznał, że nasza historia jeszcze się nie skończyła. Na szczęście mieliśmy kilku byłych pracowników Pebble, którzy pracowali w Google, i po mniej więcej roku żmudnej pracy oraz masy developmentu udało im się udostępnić system w modelu open source i opublikować go na GitHubie. Kiedy to się stało, Eric pomyślał: „Hej, to czemu nie zrobimy zegarków, które sami naprawdę chcemy robić, finansując wszystko z własnych środków?”.
Mieliśmy poczucie niedosytu, bo nie podobało nam się, jak zakończyła się pierwotna historia. A że mamy niesamowitą bazę fanów i bardzo lojalną społeczność – czuliśmy, że jesteśmy im coś winni. Chcieliśmy w końcu zrobić zegarki, które oni chcieli zobaczyć, dlatego tak cieszymy się na premierę zegarków Time 2, Round 2 i Index 2. Jesteśmy podekscytowani naszym rozwojem, ale chcemy prowadzić go w sposób zrównoważony – tak, aby stać się firmą, na której ludzie będą mogli polegać przez długie lata.

—  Kiedy debiutowaliście, smartwatche były jeszcze niszą, a konkurencja była minimalna. Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej – jakie są Wasze główne cele na ten moment?
—  Kiedy startowaliśmy w 2010 roku, byliśmy jednym z pierwszych smartwatchy – Apple Watch jeszcze nawet nie istniał. Przez kolejne siedem lat na rynku pojawiło się mnóstwo różnych modeli: Luna, Chronos i masa innych, często przypadkowych firm. Trudno było się nie rozglądać i nie próbować robić produktów oraz funkcji, które z nimi konkurują – zwłaszcza z Apple Watchem.

Za drugim podejściem skupiamy się jednak na tym, w czym naprawdę jesteśmy dobrzy, i nie próbujemy udawać czegoś, czym nie jesteśmy. Jeśli ktoś jest totalnie wkręcony w zaawansowany fitness tracking – super, ale my nie mamy zegarka dla tej osoby i to może po prostu nie być produkt, który będzie nosić. Ja sam mam Apple Watch Ultra i kiedy chcę trenować, to go zakładam: odpalam Spotify, mam GPS, mogę zadzwonić do żony – to jest zupełnie inna kategoria.

Naszą siłą jest coś innego: lekkość i „fun”. Nie traktujemy siebie śmiertelnie poważnie. Jesteśmy mocno skoncentrowani na powiadomieniach i na tym, żeby zegarek nie krzyczał „jestem smartwatchem”. Możesz go założyć do lepszych ubrań, a nadal dostajesz najważniejsze alerty. I w świecie, w którym wszyscy coraz częściej siedzą w social mediach i w telefonach, fajnie jest zrobić krok wstecz: mieć coś, co po prostu wyśle powiadomienie, ale nie kusi, żeby gapić się w ekran non stop – nie świeci po oczach i nie rozświetla całego pokoju.

Wracamy więc do podstaw i znowu tworzymy produkty, których sami chcielibyśmy używać. Nie budujemy ich w obsesji na punkcie konkurencji – wiem, że to brzmi trochę szaleńczo – ale my po prostu wiemy, w czym jesteśmy najlepsi.

—  Moi widzowie pytają o Apple Pay / Google Pay, czy zegarki wspierają takie płatności?
—  Nie i nie wiem jeszcze, czy w przyszłości będziemy to wspierać, ale na ten moment nasze urządzenia nie mają takiej funkcji.

—  Okej, wiem też, że wypuściliście smart ringa – jest to dość konkretny produkt z dość konkretną funkcją…
—  Nasz założyciel – techniczny mózg zespołu – tworzy tylko takie produkty, z których sam chciałby korzystać. Nie wymyśla funkcji na siłę. Zwykle wychodzi od bardzo konkretnego problemu: „mam z tym kłopot i nie wierzę, że jestem jedyną osobą na świecie, która tak ma”.

Tym razem chodziło o myśli, które wpadają do głowy i uciekają – zapominanie rzeczy oraz brak wygodnego sposobu, żeby je szybko zapisać. Nie zawsze chcesz wyciągać telefon, czasem masz ręce zajęte albo jesteś w biegu. I właśnie dlatego powstał Pebble Index 01: prosty pierścień z przyciskiem. Przytrzymujesz go, nagrywasz krótką notatkę głosową, a ona leci na telefon. Następnie jest transkrybowana lokalnie (na urządzeniu) przez LLM – możesz więc powiedzieć: „nie zapomnij kupić jajek i chleba po drodze do domu” i gotowe. W aplikacji trafia to do czegoś w rodzaju osi czasu / listy wpisów.

Co ważne, planujemy też integracje z innymi aplikacjami i usługami. Ponieważ oprogramowanie jest open source – zarówno system, jak i aplikacja – deweloperzy (a nawet osoby nietechniczne, jeśli będą chciały) będą mogli tworzyć własne integracje i narzędzia: brać te przetworzone, przepisane notatki i podpinać je do różnych workflowów. Jesteśmy bardzo ciekawi, co ludzie z tym zrobią, co nowego wymyślą.

—  A co jeśli nie mam przy sobie telefonu?
—  Jeśli nie masz przy sobie telefonu, urządzenie nagra łącznie do 5 minut audio – potem pamięć się zapełni i zapali się mała kontrolka, która to zasygnalizuje. Gdy tylko ponownie połączysz je z telefonem, wszystko zostanie zrzucone do aplikacji i miejsce znów się zwolni.
Jedna wiadomość może mieć maksymalnie 2 minuty, ale łącznie (zanim zrzucisz nagrania na telefon) możesz nagrać do 5 minut.

—  Wróćmy jeszcze do zegarków, macie teraz dwa modele, tak?
—  Dokładnie. Mamy Round 2 – pod każdym względem ulepszoną wersję oryginalnego Rounda. To, co było niesamowite w pierwszym Roundzie, to fakt, że był najcieńszym smartwatchem na rynku i nadal nim pozostaje. Jedyna poważniejsza krytyka dotyczyła dużego obramowania wokół tarczy (ramki) oraz czasu pracy 3–4 dni. W nowej generacji te problemy mają być rozwiązane.

W Round 2 ekran LCD jest zespolony ze szkłem, co znacząco poprawia kąty widzenia: w oryginale przy spojrzeniu pod ~45° ekran potrafił praktycznie znikać, a w Round 2 ma być czytelny niemal do 180°. Zegarek jest tylko o 0,6 mm grubszy, nie ma już ramki, ekran jest dotykowy, a bateria ma wytrzymywać do dwóch tygodni.

Drugi model to Time 2 – stylistycznie bardzo zbliżony do Time 2 sprzed lat, czyli zegarka, który miał być naszym „ostatnim” przed przejęciem przez Fitbita, ale nie zdążył trafić do sprzedaży. Ekran jest większy niż wcześniej, również dotykowy, szkło jest bondowane z LCD, co poprawia kąty widzenia i ma dawać mniej odblasków i refleksów. Czas pracy na baterii to 30 dni.

—  30 dni?
—  Tak.

—  Właśnie, nie zapytałem o czas pracy baterii w ringach!
—  Bateria w pierścieniu: wytrzyma około dwóch lat, jeśli nagrywasz wiadomości po 6–10 sekund mniej więcej 10–15 razy dziennie. Zakładamy, że większość osób będzie robić to rzadziej, więc realny czas pracy może być nawet lepszy. Myślę, że kiedy ring trafi do ludzi, bateria stanie się tematem, o którym po prostu przestaje się mówić.

I to wynika z samej formy – to w zasadzie rozmiar obrączki, więc fizycznie nie ma sensownego sposobu, żeby dodać ładowanie. Dlatego podjęliśmy decyzję, że nie jest ładowalny. Poza tym, naszym zdaniem, kiedy coś trzeba ładować, zawsze jest ryzyko, że zdejmiesz i już nie założysz z powrotem. A tutaj chodzi o to, żebyś zawsze miał/a go na sobie, bez martwienia się ładowaniem – gotowego, gdy tylko chcesz nagrać wiadomość.

—  Powiedziałeś „kiedy ring trafi do ludzi” – rozumiem, że nie są jeszcze dostępne na rynku?
— Obecnie są dostępne w przedsprzedaży – zaczniemy wysyłkę już w marcu. Time 2 zacznie wychodzić do klientów pod koniec tego miesiąca (dla osób, które złożyły preorder prawie rok temu). Jeśli zamówisz Time 2 teraz, wysyłka będzie w kwietniu, a Round 2 rusza w maju.

Zapytam więc o plany na przyszłość.
— Po prostu chcemy robić produkty, które naszym zdaniem są naprawdę fajne – takie z tej „niszy ciekawych rzeczy”. Nie wszystko będzie masowe ani dla każdego, ale mieści się to w świecie „early adopters”: eksperymentowania, myślenia poza schematami i technologii, która dobrze się ze sobą integruje. I przede wszystkim – bardzo nam zależy, żeby być tu na długo.

W żadnej z waszych komunikacji nie pojawia się „AI”. To celowy zabieg?
— Tak – w zasadzie jedyne „AI” u nas to lokalny model językowy (LLM), który działa po transkrypcji nagrania. AI jest teraz wszędzie, zwłaszcza na CES – dosłownie obok nas stoi „AI ring”. To będzie bardzo ciekawa przestrzeń do obserwowania: czy ludzie naprawdę chcą AI we wszystkim.

My chyba jesteśmy już trochę „przeładowani” tym tematem. Dziwnie brzmi wizja: nagrywasz wiadomość, wysyłasz ją na telefon, a potem ona jest tam przetwarzana, więc robimy to tak, żeby było możliwie najmniej „inwazyjne”. To jest lokalny LLM, pobierany na telefon. Nic nie leci do internetu, działa nawet bez zasięgu i bez Wi-Fi. Używamy tego tylko w takim zakresie, żebyś nie musiał/a gadać do pierścienia przez pół dnia.

Pozostaje czekać i mieć nadzieję, że tym razem Pebble zostanie z nami na dłużej!