Streaming muzyczny jest dziś rozproszony między kilku gigantów, podobnie jak rynek dyskontów: wszyscy „kupujemy”, ale każdy w innym sklepie i według innych reguł. Różni się niemal wszystko – od katalogów, przez funkcje, aż po algorytmy decydujące o tym, co usłyszysz dalej. Z założenia platformy streamingowe mają łączyć, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że każdy siedzi w swoim oddzielnym ogródku – a zajrzeć „przez płot” jest naprawdę trudno.
Nowy koncept na horyzoncie?
Parachord, o którym mowa, próbuje naprawić coś, co dziś stało się normą: muzyka jest wszędzie, ale ludzie są porozrzucani po osobnych ekosystemach. Wizja aplikacji to jedna wspólna warstwa ponad platformami, tak, żeby link ze Spotify nie kończył rozmowy z kimś na Apple Music, a udostępnianie utworu nie wymagało pytania „masz to w ogóle?” czy manualnego przepisywania tytułu czy autora z linku do „obcej” platformy. Funkcja smart links w praktyce ma wyglądać następująco: wklejasz dowolny link do utworu (Spotify/Apple/Bandcamp/YouTube), a Parachord rozpoznaje numer i otwiera go u Ciebie tam, gdzie faktycznie masz dostęp do odtwarzania, zgodnie z ustawioną kolejnością źródeł (priorytetami).
Do tego dochodzą liczne wtyczki (plug-ins): Parachord działa jak hub, do którego podpinasz to, czego używasz według następujących kategorii – źródła streamingu, dostawców metadanych, aplikacje typu social/scrobbling i nawet AI.

Za tą wizją stoi J Herskowitz – człowiek z ogromnym doświadczeniem w kategorii technologii w muzyce, które zdobywał u boku takich gigantów jak u np. samego Spotify. Jego poszukiwania sposobu, aby odrobinę zbliżyć ludzi wokół muzyki, niezależnie od aplikacji, której akurat używają i opłacają, trwają już wiele długich lat, a Parachord nie jest pierwszym gotowym produktem stworzonym przez Herskowitza.
Tomahawk: cofnijmy się, aby pójść do przodu
Tomahawk był w gruncie rzeczy tym samym marzeniem, które próbuje spełnić Parachord: odkleić muzykę od konkretnych platform. To był open-source’owy odtwarzacz, który działał jak łącznik: podpinało się do niego różne źródła (lokalne pliki i serwisy), a on zbierał je w jednym miejscu. Najważniejsze było to, że widział przede wszystkim utwór, a nie jedynie link prowadzący do jednej aplikacji, dzięki czemu muzyka mogła swobodniej krążyć między ludźmi, niezależnie od tego, gdzie jej słuchali. Brzmi zarówno ambitnie jak na 2011, jak i uderzająco podobnie do obecnie tworzonej aplikacji Parachord. Co więc nie wyszło wtedy? Brak jasnego modelu biznesowego nie pozwoliło na utrzymanie ani aplikacji, jak i osobom pracującym przy niej – siebie. Jak szczerze przyznaje sam Herskowitz,
„Wszyscy potrzebowaliśmy znaleźć prawdziwe prace. (…) Było mi naprawdę przykro, kiedy Tomahawk się zamknął.”
Nowe czasy, stare idee
Parachord jest praktycznie dosłownie drugim podejściem do Tomahawka, tylko zrobionym na dzisiejszych warunkach. Tomahawk nigdy całkiem nie zniknął, bo jako open source został na GitHubie (platformie, na której przechowuje się i rozwija kod projektów, coś w rodzaju repozytorium dla programistów), a Herskowitz wrócił do tego kodu po latach i potraktował go jak punkt wyjścia do reaktywacji pomysłu sprzed lat. Kluczowa różnica jest bardzo aktualna – zamiast budować wszystko klasycznie z zespołem developerów, Herskowitz oparł się na vibe codingu, czyli pisaniu aplikacji we współpracy z AI, bardziej serią prób i poprawek, niż ręcznym klepaniem każdej linijki. Jak sam przyznaje, nie ma deweloperskiego backgroundu, a mimo to takie podejście pozwoliło nie tylko ominąć koszt zatrudniania programistów, ale też domknąć nowy projekt w zaledwie kilka tygodni.
Co obecnie oferuje Parachord?
To, co wiadomo na dziś, to:
- Odtwarzanie ponad źródłami: Parachord traktuje utwór/album/playlistę/kolejkę jako punkt wyjścia i dobiera dostępne źródło z podpiętych usług (z uwzględnieniem priorytetów).
- Priorytety usług: osobno da się zdefiniować, które źródła mają być pierwszym wyborem do odtwarzania, a które zapasowym.
- Wtyczki: integracje są podzielone na kategorie (streaming, metadata, social/scrobbling, AI) i rozwijane jako moduły.
- Import i synchronizacja biblioteki: aplikacja zbiera w jednym miejscu bibliotekę i zapisane rzeczy z różnych usług.
- Przenośne playlisty: import/eksport (m.in. format XSPF), żeby osobista biblioteka nie była przywiązana do jednej platformy.
- Warstwa społecznościowa: feed tego, czego słuchają znajomi + opcja wspólnego słuchania (listen along), niezależnego od używanych platform .
Trzeba także podkreślić, że Parachord jest na bardzo wczesnym etapie: autor wprost zaznacza, że na razie to niestabilne, eksperymentalne wersje, które dopiero mają doprowadzić do wersji beta.
W porządku, ale po co mi to?
Parachord nie jest dla każdego, o czym zresztą głośno mówi sam jego twórca. Aplikacja jest przede wszystkim dla muzycznych entuzjastów, którzy lubią budować i organizować swoją własną kolekcję: zapisują rzeczy w różnych platformach i formach, śledzą swoją historię słuchania i lubią mieć przy tym wszystkim porządek. Autor wprost mówi, że buduje to pod siebie – jako narzędzie osobiste, składane z modułów, a nie gotowy, “jedyny słuszny” produkt dla mas. Czy to jest wynalazek, który zrewolucjonizuje rynek streamingów muzycznych? No raczej nie. Ale może pomóc zunifikować muzykę i zburzyć małe mury między platformami, żeby dzielenie się muzyką znowu było łatwe – i zbliżało ludzi, albo przynajmniej, by mieli do tego godne narzędzie.
Źródła:
– https://www.theverge.com/column/881256/parachord-vibe-coded-music-streaming-app
– https://parachord.com/
– https://www.youtube.com/watch?v=Vc8AswEs5f8&list=PLKIAXRUWOTo62Fy835ZhTtQfzXnqaiVXV&index=6
– https://www.linkedin.com/pulse/parachord-open-source-rise-personal-apps-j-herskowitz-vxrme/
