Amerykanie ogłosili zakaz wprowadzania na rynek nowych, produkowanych za granicą „zaawansowanych urządzeń robotycznych” – pierwsze nagłówki, reakcje i komentarze zdominowały humanoidy i robotyczne psy. Szybko okazało się jednak, że nowa definicja jest znacznie szersza. Obejmuje również roboty sprzątające, kosiarki, urządzenia czyszczące baseny, roboty dostawcze i część maszyn poruszających się po magazynach.
Nowe zasady ogłosiła 28 lipca Federalna Komisja Łączności, FCC – amerykański regulator odpowiedzialny między innymi za telekomunikację oraz dopuszczanie do sprzedaży urządzeń wykorzystujących Wi-Fi, Bluetooth i inne rodzaje łączności radiowej. FCC dodała produkowane za granicą roboty do listy sprzętu uznawanego za niedopuszczalne zagrożenie dla bezpieczeństwa USA. Bez zgody komisji nowych modeli nie będzie można legalnie importować ani sprzedawać na amerykańskim rynku.
Robot: czyli co?
Według przyjętej definicji zakaz obejmuje mobilne urządzenia mechaniczne, które poruszają się po ziemi, potrafią nawigować lub omijać przeszkody, działają na podstawie danych z czujników i zawierają oprogramowanie sterujące. Muszą też mieć łączność sieciową oraz ważyć razem ze stacją dokującą ponad 4,4 funta, czyli około dwóch kilogramów.
Wszystkie wymienione kryteria pasują do robotów sprzątających, jak ulał! Naturalnie nasuwa się też pytanie – jakich urządzeń i robotów ten zakaz na pewno nie „złapie”? Nowe przepisy nie obejmują między innymi samochodów autonomicznych, dronów, robotów chirurgicznych, wózków oraz nieruchomych ramion przemysłowych.
Na razie nikt nie będzie zabierał Amerykanom odkurzaczy ani wyłączał ich zdalnie – jeszcze mogą i spać spokojnie i mieć poodkurzane. Urządzenia już zatwierdzone przez FCC nadal mogą być importowane, sprzedawane i używane. Problem zacznie być widoczny przy kolejnych generacjach sprzętu, które bez specjalnego wyjątku nie dostaną zgody na wejście na rynek. FCC zachowuje przy tym możliwość ponownego zajęcia się również wcześniejszymi pozwoleniami.

Bezpieczeństwo przede wszystkim?
Oficjalnym uzasadnieniem są zagrożenia związane z inwigilacją, cyberatakami i zdalnym przejmowaniem robotów. Nie można powiedzieć, że jest to bezzasadne. W jednej z opisywanych wcześniej luk pojedyncza osoba uzyskała dostęp do około siedmiu tysięcy odkurzaczy DJI na całym świecie. Inny model tej firmy pozwalał zdalnie odtworzyć mapę domu użytkownika.
Współczesny robot sprzątający może mieć kamerę, mikrofon, lidar i szereg innych czujników. Zna układ pomieszczeń, widzi część wyposażenia i przesyła dane przez domową sieć – żeby nie zauważyć zagrożeń, trzeba chyba zamknąć oczy i zatkać uszy.
No i tutaj pojawia się zgrzyt: FCC nie sprawdza, czy robot jest faktycznie bezpieczny. Nie pyta nikogo o szyfrowanie, przechowywanie danych ani dostęp do kamer i map mieszkań. Liczy się przede wszystkim to, gdzie urządzenie powstało i czy producent zamierza przenieść produkcję do USA. Kraj pochodzenia potraktowano więc jak synonim bezpieczeństwa, choć jedno z drugim wcale nie musi mieć wiele wspólnego.
Amerykański robot na już
Zakaz teoretycznie dotyczy wszystkich urządzeń produkowanych za granicą, choć według źródeł Reutersa, wiele firm spoza Chin będzie mogło otrzymać zgodę wejścia na rynek i być wyjątkami od reguły. Na celowniku bowiem głównie jest Pekin i kwestia jego miażdżącej przewagi w zakresie robotyki.
Problem w tym, że w przypadku robotów sprzątających trudno znaleźć dziś rynek, który nie byłby od Chin zależny. Roborock, Ecovacs, Dreame, Xiaomi i Narwal, czyli pięć największych marek w tej kategorii, to chińskie firmy. Po bankructwie iRobot również i Roomba trafiła nigdzie indziej, jak właśnie do chińskiego właściciela. Nawet Matic, którego roboty są składane w Kalifornii, może potrzebować osobnego wyjątku w prawie, ponieważ firma nie pozyskuje obecnie wymaganych 65% komponentów w USA.
Luka na amerykańskim rynku wydaje się więc całkiem prawdopodobna – rodzima branża robotyczna na pewno dostanie dzięki zakazowi impuls do rozwoju, ale nowych fabryk, dostawców i całego łańcucha komponentów nie da się stworzyć z dnia na dzień. Trudno też zakładać, że amerykańskie konstrukcje szybko zejdą do cen osiąganych przez producentów korzystających z ogromnej skali chińskiego przemysłu. Mniej konkurencji i mniej modeli zwykle oznacza raczej wyższe ceny niż technologiczny cud gospodarczy.
No i co teraz?
Dane o naszym domu, ogrodzie czy miejscu pracy powinny być chronione niezależnie od tego, gdzie stoi fabryka i jaką flagę ma producent. Niepowołane ręce pozostają koniec końców niepowołanymi rękami. Szczerze mówiąc, firma albo osoba działająca blisko mnie i mogąca łatwo połączyć mapę mieszkania z konkretnym adresem nie przeraża mnie mniej tylko dlatego, że jest amerykańska, europejska czy polska.
Można ograniczać zależność od Chin i jednocześnie wprowadzić konkretne standardy bezpieczeństwa dla każdego: obowiązkowe szyfrowanie, przejrzyste zasady zbierania danych, ograniczenie dostępu do kamer i map oraz realną odpowiedzialność za zaniedbania. Amerykanie na razie wybrali prostszą drogę. Cudze roboty zbanowali, choć własnych właściwie jeszcze nie mają.
Źródła:
1. https://www.theverge.com/policy/972312/us-robot-ban-sweep-up-chinese-vacuums
2. https://www.reuters.com/world/trump-administration-ban-new-chinese-robots-inverters-protecting-us-ai-buildout-2026-07-28/
3. https://www.wired.com/story/the-fcc-is-coming-for-robot-vacuums/
Źródło grafiki: Pexels
